Kiedy ktoś po raz pierwszy przyjeżdża na Mazury, najczęściej zadaje jedno pytanie: „A co, jeśli złapie nas burza?”. To naturalne. W końcu od dzieciństwa uczymy się, że największym przeciwnikiem żeglarza jest wiatr, wysokie fale i gwałtownie zmieniająca się pogoda. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej.
Po trzydziestu siedmiu latach spędzonych za sterem mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zdecydowana większość niebezpiecznych sytuacji, których byłem świadkiem, nie miała nic wspólnego z siłami natury. Powodował je człowiek. Pośpiech. Brak pokory. Przecenianie własnych umiejętności. Czasem zwykła chęć zaimponowania pasażerom, a czasem przekonanie, że skoro jednostka ma mocny silnik, to przepisy i zdrowy rozsądek przestają obowiązywać.
Mazury są wyjątkowe właśnie dlatego, że każdy może znaleźć tu swoje miejsce. Na tych samych jeziorach spotykają się żeglarze, motorowodniacy, kajakarze, wędkarze, miłośnicy desek SUP, statki pasażerskie i coraz liczniejsi użytkownicy skuterów wodnych. Każdy z nich ma takie samo prawo do korzystania z wody. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś zapomina, że nie jest na jeziorze sam.
Ratownicy Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego od lat podkreślają, że większość interwencji nie wynika z awarii sprzętu czy nagłego załamania pogody. Znacznie częściej ich pomoc jest potrzebna dlatego, że ktoś zlekceważył podstawowe zasady bezpieczeństwa. Zbyt duża prędkość, brak kamizelek ratunkowych, przecenienie własnych możliwości, nieostrożne manewry czy ignorowanie znaków żeglugowych – to właśnie te błędy powtarzają się każdego sezonu.
Nie oznacza to oczywiście, że motorowodniacy są problemem. Byłoby to niesprawiedliwe. Przez lata poznałem wielu znakomitych sterników motorówek. To ludzie z ogromnym doświadczeniem, kulturą na wodzie i szacunkiem dla innych. Potrafią zwolnić, gdy mijają żaglówkę, szerokim łukiem omijają jachty stojące na kotwicy i doskonale rozumieją, że kilka minut straconych na spokojniejszą żeglugę niczego nie zmieni. To właśnie oni są najlepszym przykładem, że silnik i odpowiedzialność mogą iść w parze.
Niestety istnieje również druga grupa użytkowników wody. To osoby, które traktują jezioro jak tor wyścigowy. Nie dostrzegają, że fala pozostawiona za motorówką potrafi wyrządzić więcej szkód niż sama jednostka. Nie zastanawiają się, co dzieje się na pokładzie mijanej żaglówki. Nie wiedzą – albo nie chcą wiedzieć – że kilkutonowy jacht potrzebuje znacznie więcej czasu, aby zmienić kurs czy zatrzymać się. Często wydaje im się, że skoro oni są w stanie wykonać gwałtowny skręt, to każdy inny również.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że wiele niebezpiecznych sytuacji nie wynika ze złej woli. Ich źródłem jest brak wiedzy i wyobraźni.
Kilka lat temu, podczas jednego z letnich rejsów, obserwowałem motorówkę płynącą w ślizgu przez środek jeziora. Na pierwszy rzut oka nic niezwykłego. Dopiero po chwili zwróciłem uwagę na dzieci siedzące na samym dziobie. Ich nogi swobodnie zwisały poza pokładem, a wiatr rozwiewał włosy. Z pewnością czuły ogromną radość. Rodzice również wyglądali na zadowolonych. Problem polegał na tym, że wystarczyłby jeden większy kilwater po mijającej jednostce, aby ta beztroska zabawa zakończyła się tragedią.
Motorówka płynąca w ślizgu nie sunie po idealnie gładkiej tafli jeziora. Każda fala powoduje jej podskakiwanie. Gwałtowne uderzenie kadłuba o wodę potrafi wyrzucić z siedzenia nawet dorosłego człowieka. Dziecko siedzące na samym dziobie nie ma praktycznie żadnych szans na utrzymanie równowagi. Jeśli wypadnie za burtę przy dużej prędkości, zagrożenie stanowi nie tylko samo uderzenie o wodę, ale również obracająca się śruba napędowa oraz rozpędzona jednostka.
Ratownicy MOPR wielokrotnie podkreślają, że dzieci powinny przez cały czas przebywania na pokładzie mieć prawidłowo założone kamizelki ratunkowe lub asekuracyjne. Nie jest to przejaw przesadnej ostrożności. To najprostszy sposób na zwiększenie ich szans w sytuacji, gdy wydarzy się coś nieprzewidzianego.
Równie niebezpiecznym zjawiskiem jest nadmierna prędkość w miejscach, gdzie obowiązuje zakaz wytwarzania fali. Wielu sterników traktuje takie oznakowanie jak zbędną formalność. Tymczasem zakazy te nie pojawiły się przypadkiem.
Przed kanałami bardzo często można zobaczyć załogi przygotowujące jachty do przejścia pod mostami. Rozpoczyna się składanie masztu – jedna z najbardziej wymagających czynności wykonywanych podczas rejsu. Kilkudziesięciokilogramowy maszt jest stopniowo opuszczany, załoga przemieszcza się po pokładzie, odczepia wanty, luzuje fały i zabezpiecza olinowanie. W tym momencie jacht jest szczególnie podatny na przechyły i gwałtowne ruchy.
Wystarczy wtedy jedna wysoka fala wywołana przez rozpędzoną motorówkę. Człowiek stojący przy maszcie traci równowagę. Ktoś inny odruchowo puszcza linę. Ciężki maszt zaczyna opadać w niekontrolowany sposób. W najlepszym przypadku kończy się na uszkodzonym osprzęcie. W najgorszym – na złamanych kościach, poważnych urazach albo zakończonym przedwcześnie urlopie.
To właśnie w takich chwilach najlepiej widać, dlaczego kultura na wodzie nie jest pustym hasłem. Dobry sternik nie zwalnia dlatego, że boi się mandatu. Zwalnia dlatego, że rozumie, co dzieje się na pokładzie mijanego jachtu. Wie, że jego fala będzie żyła jeszcze długo po tym, jak sam zniknie za zakrętem kanału.
Na wodzie często nie widzimy skutków własnych decyzji. Pozostawiona przez nas fala dociera do innych jednostek kilka lub kilkanaście sekund później. My płyniemy już dalej, przekonani, że nikomu nie przeszkodziliśmy. Tymczasem na pokładzie mijanego jachtu ktoś właśnie próbuje utrzymać równowagę, złapać opadający maszt albo uspokoić przestraszone dziecko.
Właśnie dlatego doświadczeni żeglarze od lat powtarzają, że największą oznaką umiejętności nie jest prędkość ani moc silnika. Jest nią wyobraźnia.
Najwięcej niebezpiecznych sytuacji można zaobserwować tam, gdzie ruch jednostek jest największy. Kanały, przewężenia i wejścia do portów to miejsca wymagające od każdego sternika szczególnej uwagi. Nie bez powodu obowiązują tam ograniczenia prędkości, zakazy wytwarzania fali oraz zasady wzajemnego ustępowania sobie miejsca. W praktyce jednak właśnie tam najczęściej dochodzi do zachowań, które z bezpieczeństwem nie mają nic wspólnego.
Wielu motorowodniaków nie potrafi pogodzić się z tym, że przez kilka minut musi płynąć za żaglówką. Z pokładu motorówki wszystko wydaje się bardzo proste. Żaglówka płynie wolniej, więc wystarczy ją wyprzedzić i problem z głowy. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana.
Kanał nie jest autostradą. Nie daje miejsca na swobodne manewrowanie, a każdy jacht pozostawia za sobą niewielki margines bezpieczeństwa. Sternik żaglówki często jednocześnie utrzymuje kurs, obserwuje jednostki płynące z przeciwka, przygotowuje załogę do wejścia do portu lub przejścia pod mostem. Nierzadko na pokładzie trwa składanie masztu albo przygotowywanie cum i odbijaczy. To moment, w którym cała uwaga skupiona jest na bezpiecznym przeprowadzeniu jachtu przez wąski odcinek szlaku.
Tymczasem zza rufy zbliża się rozpędzona motorówka. Jej sternik postanawia wyprzedzić za wszelką cenę. Mija żaglówkę z niewielkiej odległości, pozostawiając za sobą wysoką falę. Sam po kilku sekundach zapomina o całym zdarzeniu. Za jego rufą rozpoczyna się jednak walka o utrzymanie kontroli nad jachtem. Kadłub odbija od nabrzeża, odbijacze wypadają z właściwego miejsca, załoga traci równowagę, a ktoś stojący przy maszcie musi przerwać wykonywaną czynność, aby ratować sytuację.
Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego ktoś ryzykuje bezpieczeństwo innych tylko po to, aby zaoszczędzić dwie lub trzy minuty. Przecież po wyjściu z kanału obie jednostki i tak znajdą się na otwartym jeziorze, gdzie miejsca do bezpiecznego wyprzedzania jest pod dostatkiem.
Podobnie wygląda problem z dużymi houseboatami. Sam fakt, że można prowadzić część z nich bez patentu, nie oznacza jeszcze, że jest to łatwe zadanie. Wielotonowa jednostka nie reaguje na ruch sterem tak jak samochód. Nie zatrzymuje się natychmiast po zdjęciu gazu, nie skręca w miejscu i nie wybacza błędów wynikających z braku doświadczenia.
Jedna z sytuacji, której byłem świadkiem, do dziś pozostaje w mojej pamięci. Miała miejsce w Kanale Łuczańskim, jednym z najbardziej uczęszczanych odcinków mazurskiego szlaku. W pewnym momencie sternik dużego, kilkunastometrowego houseboata postanowił zawrócić. Już sam pomysł wykonania takiego manewru w tym miejscu budził zdziwienie. Jeszcze większym zaskoczeniem był sposób jego wykonania.
Odnosiłem wrażenie, że prowadzący jednostkę myślał o niej jak o samochodzie. Skręcał kołem sterowym, oczekując natychmiastowej reakcji kadłuba. Kiedy dziób zaczął zmieniać kierunek, rufa szerokim łukiem ruszyła w stronę stojących obok jachtów. W pewnym momencie kilka załóg znalazło się dosłownie w polu manewru ogromnej jednostki. Ludzie chwytali odbijacze, odpychali burty bosakami i z niepokojem obserwowali rozwój wydarzeń.
Na szczęście tym razem obyło się bez zderzenia. Nie dlatego jednak, że manewr został dobrze wykonany, lecz dlatego, że pozostali sternicy zachowali zimną krew i byli przygotowani na najgorsze.
Ta sytuacja doskonale pokazuje, jak ważne jest zrozumienie podstawowych praw fizyki. Każda jednostka posiada bezwładność. Im większa jej masa, tym większej przestrzeni potrzebuje do wykonania manewru. To nie jest teoria z podręcznika. To codzienność każdego sternika. Doświadczony kapitan planuje swoje działania kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt sekund wcześniej. Nie wykonuje gwałtownych ruchów sterem, nie liczy na to, że łódź zatrzyma się na zawołanie. Wie, że na wodzie wszystko dzieje się z pewnym opóźnieniem.
Ratownicy MOPR wielokrotnie zwracali uwagę, że coraz więcej interwencji dotyczy osób, które po raz pierwszy prowadzą duże jednostki czarterowe. Nie chodzi o to, że przepisy są niewłaściwe. Problemem jest przekonanie części użytkowników, że skoro prawo nie wymaga patentu, to nie potrzeba również wiedzy. Tymczasem nawet krótki instruktaż przed rejsem nie zastąpi praktyki zdobywanej przez lata.
Niebezpieczne sytuacje zdarzają się również na otwartych jeziorach, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś zapomina o podstawowej zasadzie zachowania bezpiecznej odległości. Motorówka ma znacznie większe możliwości manewrowe niż jacht żaglowy. Może gwałtownie przyspieszyć, wykonać ciasny skręt i w kilka sekund zmienić kierunek. Żaglówka takich możliwości nie posiada. Jej zachowanie zależy od siły i kierunku wiatru, a każdy manewr wymaga czasu oraz współpracy całej załogi.
Zdarza się jednak, że motorówka przepływa kilka metrów od burty jachtu, pozostawiając wysoką falę. Dla jej sternika jest to zwykły manewr. Dla żeglarzy oznacza konieczność natychmiastowego zabezpieczenia sprzętu, zmianę kursu albo przerwanie wykonywanych czynności. Jeśli w tym samym czasie trwa zwrot przez sztag lub przez rufę, ryzyko błędu rośnie wielokrotnie.
Na wodzie nie istnieje pojęcie „przecież się zmieścimy”. Istnieje natomiast bezpieczny odstęp. To właśnie on daje obu sternikom czas na reakcję, gdy wydarzy się coś nieprzewidzianego. Czasami wystarczy nagły podmuch wiatru, chwilowa awaria silnika albo człowiek, który popełni zwykły błąd. Im większy dystans pomiędzy jednostkami, tym większa szansa, że taka sytuacja zakończy się jedynie chwilą stresu, a nie kosztowną kolizją.
Patrząc na tysiące jednostek pływających po Mazurach, można dojść do prostego wniosku. Większość zagrożeń nie wynika z braku umiejętności prowadzenia łodzi. Wynika z pośpiechu. A pośpiech na wodzie jest bardzo złym doradcą. Jezioro nie nagradza tych, którzy dopływają pierwsi. Nagradza tych, którzy potrafią bezpiecznie wrócić do portu.
Jest jeszcze jedna grupa użytkowników mazurskich jezior, która od kilku lat budzi coraz więcej emocji. Nie dlatego, że skutery wodne same w sobie są niebezpieczne. Wręcz przeciwnie. To jednostki niezwykle zwrotne, dynamiczne i dające ogromną frajdę z pływania. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś zapomina, że jezioro nie jest zamkniętym torem do sportowej jazdy.
Na wodzie wielokrotnie obserwowałem sytuacje, które do dziś trudno mi zrozumieć. Kierowca skutera z dużą prędkością przecina kurs płynącej żaglówki, wykonuje kilka efektownych skrętów, po czym zatrzymuje się niemal przed samym dziobem jachtu. Dla niego to często tylko zabawa. Krótki pokaz umiejętności. Być może nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wygląda ta sama sytuacja z pokładu kilku- czy kilkunastotonowej jednostki.
Sternik jachtu żaglowego siedzi znacznie niżej niż kierowca skutera. Przed sobą ma wysoki dziób, który podczas płynięcia częściowo zasłania przestrzeń znajdującą się tuż przed jednostką. To zjawisko doskonale znają wszyscy żeglarze. W niewielkiej odległości przed dziobem tworzy się tak zwane martwe pole. Niewielki skuter wodny może po prostu zniknąć z pola widzenia. Sternik nie przestaje patrzeć przed siebie. On po prostu nie ma możliwości go zobaczyć.
Do tego dochodzi kolejny element, o którym często zapominają osoby prowadzące małe jednostki – bezwładność. Skuter wodny reaguje natychmiast na każdy ruch manetką gazu. W kilka sekund przyspiesza, zatrzymuje się albo zmienia kierunek. Kilkutonowy jacht nie ma takich możliwości. Nawet płynąc z niewielką prędkością, potrzebuje kilkudziesięciu metrów, aby bezpiecznie wyhamować. To nie brak umiejętności sternika. To zwykła fizyka.
Ratownicy MOPR wielokrotnie zwracali uwagę, że na wodzie bardzo często dochodzi do sytuacji, w których uczestnicy wypadków byli przekonani, że mają jeszcze wystarczająco dużo miejsca. W praktyce okazywało się, że kilka sekund wcześniej przekroczyli granicę bezpieczeństwa. Na jeziorze margines błędu jest znacznie mniejszy, niż wielu osobom się wydaje.
Niebezpieczne zachowania można zauważyć również tam, gdzie pozornie nic złego nie powinno się wydarzyć – na kotwicowiskach i w zatokach. To miejsca, do których załogi wpływają po to, aby odpocząć. Ktoś przygotowuje obiad, dzieci skaczą do wody, inni czytają książkę albo po prostu cieszą się ciszą. Wydawałoby się, że właśnie tutaj wszyscy powinni płynąć powoli i możliwie najdalej od zacumowanych jednostek.
Rzeczywistość bywa jednak zupełnie inna. Zdarzają się motorówki, które wpływają pomiędzy zakotwiczone jachty niemal w ślizgu. Po kilku sekundach znikają za cyplem, pozostawiając po sobie wysoką falę. Dopiero wtedy zaczynają się problemy.
Jachty gwałtownie kołyszą się na kotwicach. Cumy napinają się z ogromną siłą. Odbijacze przesuwają się po burtach. Ktoś schodzący do kabiny traci równowagę. Garnek z wrzącą wodą przesuwa się po kuchence. Dziecko próbujące wejść z wody na platformę kąpielową nagle znajduje się pomiędzy gwałtownie poruszającą się drabinką a burtą. Wszystko dlatego, że komuś szkoda było kilkunastu sekund na spokojniejsze przepłynięcie obok.
To właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak bardzo nasze decyzje wpływają na innych. Fala nie kończy się za rufą motorówki. Ona żyje własnym życiem. Rozchodzi się po jeziorze jeszcze przez długie sekundy, docierając do miejsc, których sternik nawet nie widzi.
Mało kto zastanawia się również nad tym, jaki wpływ ma wysoka fala na samo jezioro. Mazury są wyjątkowym ekosystemem. Trzcinowiska nie są jedynie ozdobą krajobrazu. To naturalne schronienie dla ryb, miejsce lęgowe ptaków i jeden z najważniejszych elementów chroniących brzegi jezior przed niszczeniem.
Regularnie uderzająca fala stopniowo wypłukuje ziemię spod korzeni roślin, podmywa brzegi i przyspiesza ich erozję. Proces ten jest powolny i dlatego łatwo go nie zauważyć. Jednak po latach różnica staje się bardzo widoczna. Tam, gdzie kiedyś rosły zwarte pasy trzcin, pojawiają się osuwające się skarpy i zniszczone fragmenty linii brzegowej.
Dlatego ograniczenia prędkości obowiązujące na wielu akwenach nie służą wyłącznie bezpieczeństwu ludzi. Chronią również samo jezioro. Każdy odpowiedzialny wodniak powinien pamiętać, że Mazury nie są własnością jednego sezonu ani jednego pokolenia. Korzystamy z nich dzisiaj dzięki temu, że przez dziesięciolecia inni potrafili je szanować.
Im dłużej pływam, tym częściej dochodzę do wniosku, że kultura na wodzie zaczyna się od drobnych gestów. Zwolnienie przed kanałem. Ominięcie zakotwiczonego jachtu szerokim łukiem. Zmniejszenie prędkości, gdy ktoś szkoli dzieci na Optymiście. Kilkadziesiąt metrów większego odstępu od żaglówki. To drobiazgi, które nie wydłużają rejsu nawet o minutę, a potrafią sprawić, że ktoś inny będzie wspominał swój urlop z uśmiechem zamiast z goryczą.
Doświadczeni żeglarze od dawna powtarzają, że na wodzie istnieje pewna niepisana zasada. Każdy z nas może popełnić błąd. Każdemu może zgasnąć silnik, pęknąć lina albo zabraknąć doświadczenia. Dlatego zamiast wykorzystywać cudzą pomyłkę, warto zostawić drugiemu człowiekowi miejsce na jej bezpieczne naprawienie. To właśnie ten margines bezpieczeństwa odróżnia dobrego sternika od człowieka, który jedynie potrafi prowadzić łódź.
Zakończenie – Mazury uczą pokory
Przez trzydzieści siedem lat spędzonych na wodzie widziałem setki pięknych chwil i niestety również wiele sytuacji, które mogły zakończyć się tragedią. Paradoksalnie najczęściej nie były one wynikiem sztormu, gwałtownej burzy czy awarii sprzętu. Ich przyczyną był człowiek.
Ktoś płynął zbyt szybko. Ktoś uznał, że przepisy go nie dotyczą. Ktoś chciał zaimponować znajomym. Ktoś nie pomyślał, że fala pozostawiona za jego motorówką jeszcze długo będzie kołysać innymi jachtami. Ktoś uwierzył, że skoro od kilku godzin wszystko idzie dobrze, to nic złego już się nie wydarzy.
Na wodzie nie ma jednak miejsca na rutynę. Jezioro nie wybacza lekceważenia praw fizyki. Nie interesuje go, ile kosztowała łódź, jaką moc ma silnik ani ile patentów posiada sternik. Każdy podlega tym samym zasadom.
Przez lata zauważyłem jeszcze jedną rzecz. Dobrych sterników bardzo rzadko się pamięta. Nie zostawiają po sobie widowiskowych historii, które później opowiada się przy ognisku. Nie wywołują zamieszania w portach, nie zmuszają innych do gwałtownych manewrów i nie są bohaterami internetowych filmów. Ich rejsy przebiegają spokojnie, czasem wręcz niezauważalnie. I właśnie dlatego są najlepszymi sternikami.
Prawdziwego doświadczenia nie poznaje się po tym, jak szybko ktoś potrafi płynąć. Poznaje się je po tym, jak zachowuje się w pobliżu innych. Czy zwolni przed kanałem? Czy poczeka cierpliwie za żaglówką? Czy ominie szerokim łukiem rodzinę kąpiącą się przy zakotwiczonym jachcie? Czy zrezygnuje z efektownego manewru, wiedząc, że może on przestraszyć mniej doświadczoną załogę?
To właśnie takie drobne decyzje każdego dnia budują kulturę wodniacką.
Mazury od zawsze miały swój niepisany kodeks. Gdy ktoś potrzebował pomocy, inni płynęli bez wahania. Gdy brakowało miejsca przy kei, robiono wszystko, aby zmieścił się jeszcze jeden jacht. Gdy załoga miała problem z cumowaniem, sąsiedzi wychodzili na pomost, łapali cumy i pomagali bez pytania o nazwisko czy port macierzysty. Nieważne, czy ktoś pływał pod żaglami, na silniku czy w kajaku. Na wodzie wszyscy byli po prostu wodniakami.
W ostatnich latach Mazury bardzo się zmieniły. Jeziora są coraz bardziej zatłoczone, jednostki coraz szybsze, a sezon coraz intensywniejszy. To naturalna kolej rzeczy. Rozwój turystyki cieszy, bo dzięki niemu coraz więcej osób odkrywa piękno Wielkich Jezior Mazurskich. Jednocześnie oznacza to, że odpowiedzialność każdego z nas staje się jeszcze większa.
Ratownicy Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wielokrotnie powtarzają, że większości akcji ratunkowych można byłoby uniknąć, gdyby wcześniej ktoś zwolnił, założył kamizelkę ratunkową, zachował bezpieczną odległość lub zrezygnował z ryzykownego manewru. To bardzo ważna uwaga. Ratownicy nie oczekują od wodniaków nadzwyczajnych umiejętności. Oczekują rozsądku. Bo rozsądek jest najskuteczniejszym środkiem ratunkowym, jaki można zabrać na pokład.
Mam też pewną prośbę do wszystkich, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z wodą.
Nie bójcie się zadawać pytań. Nie wstydźcie się płynąć wolniej. Nie próbujcie nikomu niczego udowadniać. Każdy doświadczony kapitan był kiedyś początkującym sternikiem. Różnica polega na tym, że mądrzy uczą się od innych, zamiast uczyć się na własnych błędach.
Jeżeli prowadzisz motorówkę, pamiętaj, że fala, którą zostawiasz za rufą, może właśnie przewrócić garnek z wrzątkiem na pokładzie mijanego jachtu. Może przestraszyć dziecko uczące się żeglowania. Może utrudnić komuś złożenie masztu przed kanałem. Może doprowadzić do uszkodzenia cudzego jachtu. Tego wszystkiego nie zobaczysz, bo będziesz już kilkaset metrów dalej. Ale to nie znaczy, że to się nie wydarzyło.
Jeżeli żeglujesz, pamiętaj, że po drugiej stronie również siedzi człowiek. Być może pierwszy raz prowadzi motorówkę. Być może dopiero uczy się zachowania swojej jednostki. Warto zachować spokój, przewidywać jego błędy i zostawić mu przestrzeń na ich bezpieczne skorygowanie. Na wodzie wzajemna życzliwość często okazuje się ważniejsza niż znajomość przepisów.
Od lat powtarzam uczestnikom naszych rejsów jedno zdanie.
Najlepszy kapitan to nie ten, o którym najgłośniej mówi się w porcie. Najlepszy kapitan to ten, dzięki któremu cała załoga po zakończonym rejsie chce ponownie wejść na pokład.
I właśnie takich kapitanów chciałbym spotykać na Mazurach jak najwięcej.
Bo Mazury nie potrzebują szybszych motorówek, większych silników ani bardziej widowiskowych manewrów.
Mazury potrzebują ludzi, którzy rozumieją, że największą siłą dobrego sternika nie jest moc jednostki.
Jest nią odpowiedzialność.
Whattsapp
+48 604 447 882
Loven Marina
ul. Świętego Brunona 4
11-500 Giżycko
ul. Zakalwaria 25
05-530 Góra Kalwaria
Social media