Niektóre przyjaźnie zaczynają się przy wspólnym stole. Inne w pracy, na studiach albo podczas rodzinnej uroczystości, na której ktoś pomylił imiona. Są też takie, które zaczynają się zupełnie przypadkiem. Tak właśnie zaczęła się nasza znajomość z chłopakami z zespołu Szkuta Gra.
W 2025 roku, przeglądając Facebooka, zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że w Górze Kalwarii działa zespół szantowy o nazwie Szkuta Gra. Sama nazwa od razu przyciągnęła moją uwagę, bo „szkuta” nie jest słowem, które pojawia się codziennie w rozmowach przy kawie. No chyba że ktoś jest żeglarzem, flisakiem albo właśnie próbuje wytłumaczyć znajomym, dlaczego kupił kolejną linę, mimo że w garażu ma już czternaście. W przypadku Góry Kalwarii nazwa zespołu miała jednak szczególne znaczenie. W pobliskim Czersku odkryto bowiem niezwykły zabytek — tak zwaną szkutę czerską. To ogromny, drewniany statek wiślany, mający około trzydziestu metrów długości i około siedmiu metrów szerokości. Jednostka powstała najprawdopodobniej pod koniec XV lub na początku XVI wieku i służyła do transportu towarów, przede wszystkim zboża. Można powiedzieć, że była średniowieczną ciężarówką. Tyle że bez silnika, GPS-u, autopilota i aplikacji pokazującej, gdzie można znaleźć najbliższą stację benzynową. Za to z drewnianym kadłubem, flisakami i Wisłą jako główną drogą transportową.
Kiedy więc zobaczyłem informację o zespole Szkuta Gra, pomyślałem, że nazwa jest wyjątkowo trafiona. W końcu okolice Góry Kalwarii i Czerska od wieków związane są z wodą, Wisłą i żeglugą. A skoro kiedyś po Wiśle pływały wielkie drewniane szkuty, to dlaczego dzisiaj nie miałby pływać po świecie zespół śpiewający szanty?
Chwilę później chłopaki poinformowali na Facebooku, że planują koncert szantowy. Postanowiliśmy zadzwonić do Grześka i trochę uszczegółowić harmonogram wydarzenia. Jak to zwykle bywa, zaczęło się od prostego telefonu. Zapytaliśmy, co planują, o której odbędzie się koncert i jak będzie wyglądało całe wydarzenie. A potem, jak to w żeglarstwie i w życiu bywa, rozmowa zaczęła płynąć własnym kursem.
Zaproponowaliśmy, że na koncert ściągniemy do Góry Kalwarii ekipę SailsTeam. Bo przecież koncert szantowy bez żeglarzy jest trochę jak jacht bez żagli. Niby można, ale po co? Zaczęliśmy się kontaktować coraz częściej. Rozmawialiśmy o koncercie, muzyce, żeglarstwie i różnych pomysłach. Wszystko zapowiadało się bardzo dobrze. Wtedy do akcji wkroczyła rzeczywistość.
Oficjalny koncert ostatecznie się nie odbył. Nie będę tutaj szczegółowo opisywał wszystkich meandrów lokalnej organizacji wydarzeń. Powiem tylko tyle, że czasami łatwiej przepłynąć jachtem przez całe Mazury niż doprowadzić do końca rozmowę dotyczącą organizacji koncertu. Na wodzie przynajmniej wiadomo, kto jest kapitanem. A jeśli nie wiadomo, to po chwili wiadomo, kto nim nie jest. Na szczęście chłopaki z Szkuta Gra nie zamierzali się poddać. Skoro nie udało się zorganizować dużego koncertu, zaproponowali, żeby zrobić mini koncert na plaży w Górze Kalwarii i tak właśnie zrobiliśmy.
Była gitara, były szanty, była publiczność i był wiatr. Dużo wiatru. Momentami tak dużo, że zamiast słuchać koncertu, uczestniczymy w szkoleniu z meteorologii praktycznej. Wiatr hulał po plaży, próbując zagłuszyć muzykę. Być może miał własny repertuar i po prostu chciał wystąpić jako support.
Mimo wszystko zabawa była przednia. Tego dnia na scenie szantowej zadebiutowało również tłumaczenie „Wellermana” autorstwa Doroty Klamki — artystki SailsTeamowej i żeglarki. I tak, trochę przypadkiem, trochę dzięki Facebookowi, trochę dzięki telefonowi do Grześka, a trochę dzięki temu, że nie udało się zorganizować pierwotnego koncertu, zaczęła się nasza przyjaźń. Czasami życie ma lepszy scenariusz niż człowiek.
Z czasem mieliśmy okazję gościć część chłopaków na naszym pokładzie. Tym razem scena była znacznie bardziej wymagająca. Zamiast stabilnej plaży mieliśmy jacht. A jacht, jak wiadomo, ma tę interesującą właściwość, że nigdy nie stoi dokładnie tam, gdzie człowiekowi wydaje się, że stoi.
Przy dźwiękach gitary i ukulele pokonywaliśmy na LOLu jezioro Niegocin, boczne Jagodne, aż dotarliśmy do Szymonki — naszego ulubionego portu.
Szymonka ma coś w sobie. Człowiek wpływa tam i natychmiast zwalnia. Nie tylko jacht. Również siebie. Można usiąść, porozmawiać, zagrać, pośmiać się i przez chwilę udawać, że następnego dnia nie trzeba wstawać na wachtę. Oczywiście chłopaki zagrali również w Szymonce. Wspólnie z Jurkiem Motałą stworzyli muzyczny wieczór dokładnie taki, jaki powinien się tam wydarzyć. Gitara, ukulele, szanty, rozmowy i ludzie, którzy po prostu dobrze czują się razem.
I właśnie w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że najlepsze koncerty wcale nie muszą mieć wielkiej sceny, reflektorów i nagłośnienia za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Czasami wystarczy kawałek pokładu, kilka instrumentów, jezioro, zachodzące słońce i dobra załoga.
Niestety, projekt Szkuta Gra z różnych powodów nie przetrwał. Ale żeglarze wiedzą, że zakończenie jednego rejsu nie oznacza końca żeglowania. Czasami trzeba zmienić jacht. Czasami załogę. Czasami nazwę na burcie.
I tak pojawił się nowy projekt — OLD BOYS.
Do Grześka i Andrzeja najpierw dołączył Janek, a później kolejni muzycy. W ten sposób powstał pięcioosobowy skład, który postanowił ruszyć na podbój nadmorskiego wybrzeża. Dziś OLD BOYS to prawdziwa muzyczna załoga, w której każdy ma swoje miejsce i swoje zadanie. Janek gra na akordeonie, Andrzej na ukulele i flecie poprzecznym, Grzesiek na gitarze akustycznej i śpiewa, Zbyszek odpowiada za gitarę basową, a Darek nadaje całości rytm, grając na cajonie i perkusjonaliach. Pięciu muzyków, różne instrumenty i wspólny kurs. Janek odpowiada za to, żeby nawet spokojny wieczór nagle nabrał tempa. Andrzej udowadnia, że małe ukulele może zabrzmieć jak instrument przeznaczony do znacznie większych akwenów, a flet poprzeczny przypomina, że w muzyce — podobnie jak w żeglarstwie — zawsze warto mieć więcej niż jeden sposób na złapanie właściwego kursu. Grzesiek, grający na gitarze akustycznej i śpiewający, był pierwszym człowiekiem z zespołu, z którym rozpoczęła się nasza przygoda z Szkutą Gra. Zbyszek dba o bas, czyli o te dźwięki, których czasami nie słychać jako pierwszych, ale bez których cała załoga szybko zaczęłaby płynąć każda w swoją stronę. Darek natomiast odpowiada za cajon i perkusjonalia, czyli pokładowy dział rytmu. Jeśli ktoś zastanawia się, skąd wiadomo, kiedy trzeba zacząć się bawić, odpowiedź jest prosta: Darek prawdopodobnie już zaczął grać.
Pięciu muzyków, różne instrumenty i wspólny kurs. A jeśli ktoś uważa, że pięcioosobowy zespół to dużo osób na jednej scenie, powinien kiedyś zobaczyć pięcioosobową załogę próbującą jednocześnie zacumować jacht w porcie przy bocznym wietrze. Wtedy dopiero można mówić o prawdziwej harmonii.
I trzeba przyznać, że chłopaki złapali dobry wiatr. Nie wiem, czy można powiedzieć, że płyną na fali sukcesu, bo czasami stoją na scenie, a nie na pokładzie. Ale jeśli już trzymać się żeglarskich porównań, to zdecydowanie mają wiatr w żaglach.
Kiedy patrzymy na tę historię z perspektywy czasu, najbardziej podoba się to, że niczego właściwie nie zaplanowaliśmy.
Nie planowaliśmy poznać zespołu. Nie planowaliśmy organizować z nimi koncertu. Nie planowaliśmy, że koncert się nie odbędzie. Nie planowaliśmy mini koncertu na plaży. Nie planowaliśmy, że część chłopaków pojawi się na naszym jachcie, wspólnego grania w Szymonce. A już na pewno nie planowaliśmy, że z przypadkowego telefonu powstanie przyjaźń. A jednak tak właśnie się stało. Czasami wystarczy jeden post na Facebooku. Jedna rozmowa telefoniczna. Jedna gitara. Jedno ukulele. Trochę wiatru. I kilka osób, które po prostu dobrze czują się w swoim towarzystwie. Tak powstają najlepsze znajomości. Nie podczas wielkich, starannie zaplanowanych wydarzeń. Tylko czasami na plaży, gdzie wiatr próbuje zagłuszyć koncert. Czasami na pokładzie jachtu. Czasami przy gitarze w Szymonce. A czasami po prostu przez przypadek.
Historia Szkuty Gra dobiegła końca, ale przyjaźń nie. Z niej powstało coś nowego — OLD BOYS. SailsTeam nadal płynie swoim kursem i można powiedzieć że chłopaki z OLD BOYS są SailsTeam-owcami. My pewnie trochę OLD BOYS-ami
I mamy wrażenie, że nasze drogi jeszcze nie raz się skrzyżują. Może na Mazurach. Może nad morzem. Może na scenie. A może na jakimś jachcie, gdzie ktoś będzie próbował zagrać szantę, ktoś inny będzie śpiewał, a kapitan będzie udawał, że dokładnie wie, dokąd płyniemy.
Najważniejsze, że będzie dobra załoga. Bo z dobrą załogą nawet przypadkowy rejs może stać się początkiem historii.
A niektóre historie, jak się okazuje, zaczynają się ....... Nie wiadomo skąd?!
Whattsapp
+48 604 447 882
Loven Marina
ul. Świętego Brunona 4
11-500 Giżycko
ul. Zakalwaria 25
05-530 Góra Kalwaria
Social media