Tam nastroje i ręce trochę opadły. Ale nie było rady. Trzeba było się wziąć do roboty, opróżnić i wyszorować łódki. Mania szczególną troską objąwszy swój chrzestny Nie wiem śmigała żwawo, doglądając każdego szczegółu. Paweł, niezmordowany, znów dziarsko chwycił karchera i zaczął systematycznie pucować pokłady. W ogólnym zamieszaniu nikt nie zauważył początkowo, że Mania gdzieś zniknęła. Gdzie Mania, gdzie Mania? – rozległo się znienacka. A Mania, którą nagle wszystkie siły opuściły, siedziała na keji, machając nogami zwisającymi smętnie nad nieporuszoną taflą portowej wody, śpiewała tęsknie: Kto mnie weźmie na łódkę? Kto mnie weźmie na rejs? staż żeglarski mam krótki, lecz wiem co grane jest…

Nieopodal w lekkim przechyle szły pociągi. Czas się zbierać. Koniec.  Beznadzieja.

Postanawiamy jednak po drodze do domu zajrzeć jeszcze do Tawerny Szymonka, by się posilić. W zapadającym zmierzchu doskonale jednak widać wywieszkę na drzwiach: Zamknięte. Dziewczyny jednak podejmują próbę sforsowania drzwi – a te okazują się być zupełnie otwarte. Zza drzwi wygląda bosman Jurek.

- Moje syrenki! – wita. – Chodźcie, chodźcie wszyscy, coś się dla was znajdzie.

No i, a jakże, znajduje się, do jedzenia, do picia. Znajduje się też, nieoczekiwanie dla załogi, gitara, i rozpoczyna się kolejny koncert, a właściwie wspólne gromkie śpiewanie. Poczucie beznadziei gdzieś się nagle rozwiewa, a nasze głosy niosą się spokojnymi wodami z pewnością przynajmniej do Giżycka, jeśli nie do Węgorzewa. To się nazywa elegancko i z przytupem zakończyć rejs. Dzięki, Bosmanie. Zawsze będziemy tu wracać, ma to Bosman jak w banku.

Z wielkim żalem trzeba jednak wracać. W domach będziemy pewnie po północy. Na pożegnanie jeszcze Bosman wybiega na drogę i z każdym mocno się ściska. Serdecznie.

Przemek odpala silnik, wsiadamy, ruszamy.

- …, naprawdę nie wiem, co tu się właśnie …. – podsumowuje wzruszony kapitan.

Nikt nie wie?

A jednak wszyscy wiemy. To są Mazury. Miejsca, ludzie, wiatr i chwile, które zostają w głowach i w sercach. To te rzeczy, które idealnie ze sobą grają, a jeśli coś nie gra, to tym bardziej gra. Bo jesteśmy załogą, jesteśmy razem. Dlatego każdy rejs jest niepowtarzalny i absolutnie konieczny do powtórzenia.

 

Jejku jejku, no mówię wam…

Ostatni poranek rejsu rozpoczął się cichutko i dość mgliście. Nie wiedzieć czemu nad sennym jeszcze portem niósł się nisko dźwięk trąbki grającej motyw z Gwiezdnych Wojen. Jak lunatycy udaliśmy się do tawerny, gdzie upchnięci w kąciku bohaterowie sceny wczorajszego wieczoru, zjednoczeni po tętniącej życiem nocy, cichutko i bez prądu znów śpiewali żeglarskie szlagiery, te spokojniejsze, refleksyjne. Śniadanie Mistrzów. Przy naszym stole ktoś układał rebusy (herbata, rum, cukier – co to za szanta? no jasne, że Wellerman), ktoś wahał się między żurkiem a rosołkiem. Lekki wiosenny deszczyk za oknem dzwonił na wantach swoje własne melodie. Padał idealnie pionowo. Wiatr tego ranka nie zamierzał się obudzić. Nawet Józio wstał, a wiatr wciąż spał.

No ale trzeba było się zbierać i wyruszać. Przy tych warunkach wiatrowych droga z Wilkasów do Giżycka nie była krótka… Wypłynęliśmy. Nie wszystkim nawet chciało się postawić oba żagle. Łódki przepięknie odbijały się w gładkiej, niczym niezmąconej tafli Niegocina, który udawał spokojny staw. Nuda, nic się nie dzieje? Tunio liczy jachty na jeziorze. Sześć. Połowa tej flotylli to my. Powstaje o tym niesłychanie gęsty film akcji. Dziać się zaczyna dopiero gdy ROTFL podpływa bliżej Nie wiem i postanawia podzielić się ostatkiem zapasów. Druga z rzuconych puszek zostaje przejęta, ale ta pierwsza nie trafia celu i ląduje w wodzie, co nagle ożywia wszystkich. Zaczyna się manewr „puszka za burtą”. Tunio sugeruje wyrzucenie jednego załoganta, a potem klasyczną ósemkę sztagową lub manewr rufowy. Szybka analiza sytuacji awaryjnej i nad wyraz trzeźwa ocena sytuacji dokonana przez Józia pozwala jednak uniknąć dramatycznych działań – nikt w wodzie nie ląduje, a puszka zostaje podjęta na pokład przy pomocy kombinacji klasycznych manewrów, z monachijskim włącznie. Choć by dryfować nie trzeba było nawet ustawiać łódki pod wiatr, bo wiatru wciąż nie było. Burzliwa radość ogarnęła załogi wszystkich trzech łódek. Energia znów nas rozpalała, więc diesle poszły w ruch i w skoordynowanym szyku weszliśmy do portu macierzystego.

Plan dnia był prosty: Wilkasy. Wiatr, jakby współpracował z narracją, znów okazał się sprzymierzeńcem. Nie przesadzał, nie komplikował, po prostu był. Oczywiście, nie obyło się bez drobnych przypomnień, że żeglarstwo nie jest sportem dla ludzi, którzy lubią pełną kontrolę. Na Antilli zablokował się fał foka. Jacht płynął przez chwilę tylko na grocie, co nadawało mu wygląd ptaka, który postanowił sprawdzić, czy jedno skrzydło wystarczy. Nie wystarcza kategorycznie i bezkompromisowo. Problem rozwiązano dopiero przy kanale Kula, gdzie lina — po krótkiej refleksji nad swoim zachowaniem — zdecydowała się współpracować.

Na wodzie wyróżniał się Mariusz. Mariusz nie żegluje. Mariusz zarządza rzeczywistością. Czyta wiatr jak instrukcję obsługi, a pokład jego jachtu wygląda tak, jakby ktoś codziennie przeprowadzał tam inspekcję sanepidu. Zawsze pierwszy. I tym razem również.

Za nim płynęła Antilla. Na pokładzie działy się cuda: w lekkim przechyle Mania tańczyła niemal w pozycji stojącej na pokładzie i zamiast żądać wyprostowania demonstrowała wszem i wobec, jak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Powstała wtedy pierwsza łódkowa komedia romantyczna, utrwalona Tuniową motorolą.

Na końcu — Józio. Józio nie bierze udziału w tym samym czasie. Józio istnieje w równoległej wersji rejsu. Na jego jachcie nowicjusze pracują z powagą i skupieniem ludzi, którzy jeszcze wierzą, że wszystko da się zrobić idealnie. Spokój. Cisza. Harmonia.

A jacht kapitana? Tam panował chaos. Ale był to chaos wysokiej jakości.

– Lenin, wybierz fał! – rzucił kapitan.

Lenin spojrzał na liny. Było ich więcej, niż by sobie życzył.

– Wiesz o co proszę?

– To bardzo dobre pytanie.

I jakoś to… działało. Zawsze działa. Cumowanie, jak zwykle, było wydarzeniem z pogranicza planowania i improwizacji. Ktoś rzucił cumę. Ktoś zapomniał, po co ją rzucił. Ktoś inny przejął inicjatywę. Tak, czy inaczej jacht stanął dokładnie tam, gdzie miał stanąć. Chociaż…. Nie wiem?! To jest moment, w którym człowiek zaczyna wierzyć w rzeczy, których nie da się udowodnić.

Do Wilkas dopłynęli wszyscy. Ostatni Józio, wyskoczył boso na keję, jak człowiek, który właśnie wrócił z wyprawy polarnej. Rzucił się w ramiona Artura i Dusi:

– Dopłynęliśmy! Jesteśmy uratowani!

Nikt nie był w niebezpieczeństwie. Ale emocje nie zawsze potrzebują uzasadnienia.

Port żył. „Wschód Sezonu” przyciągnął tłumy. Tawerna była pełna. Tak pełna, że nawet próba wejścia wymagałaby planu operacyjnego i wsparcia logistycznego. Załoga spojrzała na siebie i  podjęła jedyną słuszną decyzję. Wracamy na jacht. Na jacht Mariusza. Tam wszystko było prostsze. Gitara pojawiła się naturalnie, jakby była tam od zawsze. Marcin zaczął śpiewać, a szanty — jak to mają w zwyczaju — same znalazły drogę. Unosiły się nad wodą, odbijały od innych jachtów, wracały. Nagle nie było już tłumu, hałasu ani potrzeby bycia gdziekolwiek indziej. Byliśmy dokładnie tam, gdzie trzeba i to, jak się okazało, w zupełności wystarczało. Okazało się, że wszyscy potrafimy śpiewać, a jeśli ktoś nie mieści się w rytmie ani w melodii, tym lepiej dla ogólnej harmonii. Okazało się, że baranek robi beee, a motylek: ihaha! I jeszcze kilka rzeczy się okazało, ale spowił je mrok portu.

Wspomnieć jeszcze należy o najtańszej knajpie na Mazurach. Jest taka w Wilkasach. Nazywa się Biedronka. W Biedrze nakarmisz załogę za niespełna 100 złotych.

Mania została wezwana na środek. Nie podejrzewała niczego. Została poproszona o objęcie roli Matki Chrzestnej jachtu. Antilla 33, która od dwóch dni udawała, że jeszcze nie wie, kim chce być w życiu, miała w końcu otrzymać imię.

Akt chrztu został odczytany z należytą powagą, której nikt nie próbował nawet udawać, że nie traktuje poważnie. Burta została skropiona. Świadkowie podpisali. I wtedy padła nazwa:

– „Nie wiem?!”

Zapadła chwila ciszy, potem przyszło zrozumienie. To jest nazwa doskonała.

– Jaka nazwa łódki? – zapyta kiedyś bosman.

– Nie wiem?! – odpowiesz.

I wszystko będzie się zgadzało. To jest nazwa międzynarodowa. Uniwersalna. Samowystarczalna. Nie wymagająca tłumaczenia, a jednocześnie tłumaczona na wszystkie języki świata bez żadnego wysiłku:

  • I don’t know.
  • Ich weiß nicht.
  • Ne znam.
  • Wakarimasen.
  • Mujhe nahi pata.

Jacht został nazwany. I od tej chwili nie było już odwrotu.

Trzeci dzień rejsu YOLO zaczął się dokładnie tak, jak zaczynają się rzeczy ważne — od ciszy, ale nie byle jakiej ciszy. To cisza Szymonki. Szymonka ma w sobie coś podejrzanego. Coś, czego nie da się do końca wytłumaczyć logiką ani doświadczeniem żeglarskim. Można tam wpłynąć — czasem nawet bez większych strat w godności. Ale wypłynąć… to już wymaga negocjacji z losem, wiatrem i własną motywacją. To miejsce nie zatrzymuje ludzi siłą. Ono ich przekonuje, żeby zostali.

Kapitan wiedział o tym doskonale, dlatego wstał o siódmej rano — co samo w sobie wyjątkowo na tym rejsie było wydarzeniem niemal mistycznym. Twierdził, że tylko wtedy można usłyszeć Mazury naprawdę. Nikt nie dyskutował. Głównie dlatego, że nikt jeszcze nie był w stanie. Poranek był czysty. Woda nie tyle była spokojna, co wydawała się słuchać. Trzciny poruszały się lekko, jakby ktoś szeptał do nich rzeczy, których człowiek i tak by nie zrozumiał. Powietrze miało ten rodzaj świeżości, który sprawia, że przez chwilę człowiek rozważa zmianę życia. Na szczęście uczucie szybko mija.

Kapitan, wierny swoim rytuałom, skierował się do tawerny. Tam czekało to, co w żeglarskim świecie pełni funkcję sakramentu poranka: flaczki albo fasolka po bretońsku. Obowiązkowo ostre. Tak ostre, żeby człowiek poczuł nie tylko smak, ale i sens istnienia.

Reszta załogi budziła się powoli. Najpierw pojawił się jeden człowiek. Potem drugi.
Potem ktoś, kto wyglądał, jakby pojawił się przez pomyłkę. Poruszali się cicho, ostrożnie, jakby bali się spłoszyć rzeczywistość, która dopiero co zaczęła się układać. W końcu pojawiła się Agnieszka. Zatrzymała się, spojrzała na wszystkich z wyraźnym dystansem do świata i oznajmiła:

– Boli mnie głowa.

Zapadła chwila ciszy. Taka, która w żeglarskiej społeczności oznacza jedno — naradę ekspertów.

– Napij się piwa – padło jednogłośnie.

– Nie, to nie od piwa.

To była odpowiedź, która wprowadziła lekkie zamieszanie. Teoria została  zakwestionowana.

– To od czego?

Agnieszka westchnęła.

– Od głośnika.

I wtedy wszystko stało się jasne. W trakcie nocnej integracji — która, jak wiadomo, rządzi się własnymi prawami fizyki — Agnieszka weszła w bezpośredni kontakt z elementem nagłośnienia. Kontakt był dynamiczny, szczery i, jak się okazało, jednostronnie bolesny. Głośnik wyszedł z tego bez szwanku. Agnieszka… zdobyła doświadczenie.

 

I wtedy wszystko stało się jasne. W trakcie nocnej integracji — która, jak wiadomo, rządzi się własnymi prawami fizyki — Agnieszka weszła w bezpośredni kontakt z elementem nagłośnienia. Kontakt był dynamiczny, szczery i, jak się okazało, jednostronnie boles.ny. Głośnik wyszedł z tego bez szwanku. Agnieszka… zdobyła doświadczenie.

Gdy zdolność załogi do odbierania rzeczywistości osiągnęła poziom umożliwiający podejmowanie decyzji, kapitan zarządził zbiórkę na kei. To zawsze brzmi poważniej, niż jest w rzeczywistości. Tam wydarzyło się coś, co miało przejść do historii — przynajmniej tej opowiadanej wieczorami

Bo ten wieczór był wyjątkowy. Gdy tylko wszyscy dotarli, scena należała do Jurka Motały – gospodarza tawerny, człowieka - instytucji i kapitana od spraw klimatu. W swoim niepowtarzalnym stylu chwycił gitarę i rozpoczął koncert szantowy, który natychmiast porwał całą załogę. Śpiewaliśmy razem – głośniej, ciszej, czasem w tonacji własnej – ale z pełnym zaangażowaniem. W międzyczasie dołączyła do nas reszta załogi: Mania, Ola, Marcin, Artur, Agnieszka, Stanisław i Robert. Od tego momentu byliśmy już naprawdę w komplecie.

YOLO w pełnej krasie.

Tawerna działała jak dobrze naoliwiony mechanizm – kuchnia wydawała kolejne dania, napoje krążyły między stołami, a rozmowy i śmiech wypełniały przestrzeń. Co ważne – kuchnia pracowała do ostatniego przybyłego żeglarza. Nikt nie został głodny. Nikt nie został pominięty. Standard Szymonki został utrzymany. Oficjalna część wieczoru zakończyła się około 1:00 w nocy. Ale jak wiadomo – koniec w tawernie nie oznacza końca imprezy. To jedynie zmiana pokładu. Dalszy ciąg integracji przeniósł się na jachty, gdzie rozmowy nabrały jeszcze większej głębi, a czas… przestał mieć znaczenie. Ostatecznie ostatnia Agnieszka zakończyła dzień o godzinie 6:00 rano, ustanawiając nieoficjalny rekord czuwania i potwierdzając, że sezon 2026 został otwarty z pełnym zaangażowaniem.

A jutro? Jutro oczywiście… wstaniemy wcześnie. No, mniej więcej.

Plan na dzień był ambitny tylko z nazwy. Cel: dotrzeć do Szymonki. I to wystarczyło. Bez spinania się, bez gonienia wiatru, bez nerwowego patrzenia na zegarek. Szymonka była ważna – to tam miała dołączyć reszta załogi YOLO, a przede wszystkim… to miejsce miało swoją historię.Dlaczego właśnie tam? Bo w Szymonce jest tawerna, a w tej tawernie jest atmosfera, której nie da się podrobić. Tam zawsze jesteśmy witani tak, jakbyśmy byli gośćmi specjalnymi, VIP-ami żeglarskiego świata, albo przynajmniej ekipą, którą warto dobrze nakarmić i napoić (co w praktyce wychodzi na to samo). To właśnie tam postanowiliśmy oficjalnie otworzyć sezon 2026 w pełnym składzie. Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. No… prawie.

Nasze trzy jachty obrały kurs i sukcesywnie przesuwały się w stronę celu. Wiatr współpracował, woda nie przeszkadzała, a czas – jak zwykle – płynął po swojemu. Efekt? Do Szymonki dopłynęliśmy… wieczorem. Takim prawdziwym wieczorem. Ostatnia załoga dobijała już po ciemku, co dodało całej operacji nuty dramaturgii i poczucia, że właśnie kończymy etap podróży, a zaczynamy coś znacznie ważniejszego.

Poranne czynności – kawa, śniadanie, rozmowy o życiu i planach – przeciągały się w sposób absolutnie zamierzony. Bo przecież w tym rejsie nie chodzi o wyścigi. Tu chodzi o integrację, o bycie razem, o celebrowanie każdej chwili… nawet jeśli ta chwila trwa do południa.

Wieczór przyszedł bez zapowiedzi. Miasto przyjęło nas zwyczajnie. Bez fajerwerków, ale z pizzą. Dobrą pizzą. Taką, która smakuje lepiej tylko dlatego, że była poprzedzona dniem na wodzie. Rozmowy płynęły łatwo. Śmiech wracał szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Historie zaczynały się mieszać i nikt nie próbował ich prostować. Potem wróciliśmy na keję, bo tam zawsze kończą się najważniejsze dni.

Tak minął drugi dzień rejsu YOLO. Bez dramatów, bez wielkich zwrotów akcji, ale z czymś znacznie ważniejszym. Z poczuciem, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być. Na wodzie to już bardzo dużo.

Jeśli ktoś myślał, że po dynamicznym (czytaj: rozpoczętym o 15:00) pierwszym dniu tempo wzrośnie – nic bardziej mylnego. Poranne Węgorzewo przywitało nas atmosferą głębokiego relaksu. Tak głębokiego, że można by go mierzyć sondą batymetryczną. Na pokładach… nuda. Kompletnie nic się nie dzieje. Cisza, spokój, pojedyncze oznaki życia w postaci przeciągających się żeglarzy i dźwięków otwieranych zejściówek. Wstawanie – jak to już weszło w tradycję rejsu YOLO – przebiegało w tempie kontrolowanym. Bardzo kontrolowanym. Niektórzy jednak wykazali oznaki gotowości bojowej i zaczęli dzień wcześniej niż reszta (co oczywiście zostało odnotowane, ale niekoniecznie docenione). Na szczególne wyróżnienie zasługuje Lenin, który o poranku postanowił wejść na wyższy poziom stylu żeglarskiego. Najpierw założył koszulkę z wizerunkiem Mariusza Kalmana – legendarnego żeglarza z Chełma (historia na osobny wieczór, najlepiej przy ognisku i czymś rozgrzewającym). Następnie spojrzał w dół… i odkrył, że jego obuwie jest, delikatnie mówiąc, nietypowe. Buty wzbudziły zainteresowanie załogi i podejrzenia, że mogą mieć własną historię – być może nawet dłuższą niż sam rejs.

Do Węgorzewa dopłynęliśmy około osiemnastej. Cumowanie — jak zawsze — było mieszanką planu, intuicji i lekkiego chaosu, który ostatecznie układa się w sukces. Zawsze się układa.

Na lądzie pierwsza decyzja była oczywista: znaleźć bosmana. Bosman jest jak latarnia morska w świecie ludzi, którzy chwilowo zapomnieli, jak działa ląd. Pokazuje drogę, tłumaczy rzeczywistość i sprawia, że wszystko nagle ma sens. Zostaliśmy poprowadzeni przez teren, który ktoś kiedyś nazwał „miejscem do przechowywania kajaków”, a który w praktyce był labiryntem wymagającym skupienia i wiary w powodzenie. Nie wszyscy zapamiętali drogę, ale na szczęście Marek — na swoim pierwszym rejsie — zachowywał się jak ktoś, kto już dawno wie, że najważniejsze to nie zgubić ludzi. Zaopiekował się każdym kto tego potrzebował. Stał na straży, aby nikt nie zakłócał pobytu w infrastrukturze krytycznej.

Najpierw kanał, który prowadził ich łagodnie, bez pośpiechu, jak wstęp do opowieści, która dopiero się zaczyna. A potem przestrzeń się otworzyła. Żagle poszły w górę i wszystko się zmieniło. Zniknęły dźwięki portu. Zniknęły rozmowy o niczym. Został tylko wiatr i woda, to było wystarczające. 

Przed mostem sztynorckim przyszła lekcja pokory. Maszty w dół. Most nie negocjuje. Most nie słucha argumentów. Most jest faktem. Potem znowu w górę. I dalej. Mamry przyjęły nas poważnie. Bez zbędnej serdeczności, ale i bez wrogości. Jak miejsce, które nie musi niczego udowadniać. Płynęliśmy prosto. Bez kombinowania. Czasem najprostsza droga jest najlepsza — zwłaszcza gdy nikt nie ma ochoty jej komplikować.

Poranek drugiego dnia rejsu YOLO nie miał nic wspólnego z budzikiem. Budzik jest dla ludzi na lądzie — tych, którzy wierzą, że czas da się kontrolować. Na wodzie czas ma własne zdanie i rzadko konsultuje je z kimkolwiek. Ten poranek zaczął się od światła. Najpierw nieśmiało, jakby ktoś uchylił drzwi do dnia i sprawdzał, czy warto wchodzić dalej. Potem  odważniej — rozlewając się po wodzie, po pokładach, po twarzach ludzi, którzy jeszcze nie wiedzieli, że już nie śpią. Port milczał. Woda była gładka, niemal podejrzanie spokojna, jakby udawała, że nie ma nic wspólnego z tym, co wydarzy się później. Gdzieś w trzcinach odezwał się ptak. Jeden. Po chwili drugi. Krótka narada. Decyzja: dzień można rozpocząć.

Na jachtach… panowała cisza. Nie była to cisza porzuconych statków ani dyscypliny wojskowej. To była cisza ludzi, którzy poprzedniego dnia wykonali ogrom pracy… przygotowując się mentalnie do wykonania pracy właściwej w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Kapitan spał. To nie było zwykłe spanie. To było spanie pełne, głębokie, profesjonalne. Takie, które nie zostawia miejsca na wątpliwości ani na pobudki. Gdyby ktoś nie znał sytuacji, mógłby uznać, że to naturalny stan rzeczy. Załoga wiedziała lepiej. Kapitan spał do jedenastej. Nikt nie interweniował. Na jachcie istnieje zasada, której nie znajdzie się w żadnym podręczniku żeglarstwa: jeśli kapitan śpi — świat może poczekać. I świat tego dnia poczekał bardzo kulturalnie. Załoga przyjęła tę sytuację z godnością. A może raczej z ulgą, której nikt nie próbował specjalnie ukrywać. Niektórzy rozważyli wstanie wcześniej. Rozważanie trwało krótko i zakończyło się decyzją, że to nie jest ten dzień, w którym należy podejmować radykalne kroki.

Proces budzenia przebiegał powoli i z wyraźnym oporem materii. Najpierw ktoś się poruszył. Potem ktoś otworzył jedno oko. Ktoś usiadł i przez chwilę patrzył przed siebie, próbując ustalić, gdzie dokładnie znajduje się jego życie i czy warto do niego wracać. W końcu pojawiła się kawa. Kawa nie tyle obudziła ludzi, co przekonała ich, że warto spróbować funkcjonować. I wtedy dzień postanowił się naprawdę rozpocząć.

Pierwszym sygnałem była sytuacja Pawła, a właściwie brak sytuacji Pawła, a jeszcze dokładniej — brak klapek Pawła. Na lądzie brak klapek to drobnostka. Na jachcie to kryzys tożsamościowy. Klapki nie są obuwiem. Klapki są sposobem bycia. Bez nich człowiek porusza się niepewnie, podejmuje złe decyzje i zaczyna zadawać pytania, na które nie chce znać odpowiedzi. Paweł nie panikował. To znaczy — wyglądał jak ktoś, kto bardzo się stara nie panikować. Sytuacja była jasna: trzeba działać.

Wyruszył do miasta. 

Giżycko nie było przygotowane na to, co miało nastąpić. Sklepy obuwnicze jeden po drugim zawodziły. Modele nie te, rozmiary nie te, filozofia nie ta. Aż w końcu pojawił się on. Namiot. Legendarny, niepozorny, stojący trochę z boku rzeczywistości. Miejsce, w którym wszystko kosztuje pięć złotych, a jakość jest bardziej sugestią niż obietnicą. Paweł wszedł i wyszedł zwycięsko. Klapki były. Trochę za małe, trochę nie takie, trochę jak decyzje podejmowane po trzeciej kawie. Ale działały, a na jachcie liczy się jedno: czy działa?

W tym samym czasie inna część załogi podjęła się zadania równie ambitnego — zakupów. Plan był prosty i rozsądny: kupić to, co potrzebne, ale rzeczywistość miała inne plany. Zakupy zaczęły się niewinnie. Jedna rzecz, druga, coś na zapas, coś „bo może się przyda”. W pewnym momencie granica między „potrzebne” a „strategiczne zabezpieczenie przyszłości” przestała istnieć. Gdy wracali, było już jasne, że popełniono coś więcej niż zakupy. To była inwestycja. Problem polegał na tym, że inwestycje trzeba transportować. Wtedy — jak to zwykle bywa w dobrze skonstruowanych historiach — pojawili się bohaterowie. Lenin i Paweł. Bus. Nie było zbędnych słów. Było działanie. Torby znikały, przestrzeń się porządkowała, a świat wracał do równowagi.

Około trzynastej trzydzieści wydarzyło się coś, co w innych warunkach nazwano by początkiem dnia. Śniadanie. Nie było pośpiechu. Nikt nie patrzył na zegarek. Każdy jadł tak, jakby miał przed sobą nieskończoność — i przez chwilę naprawdę tak było. Bo na jachcie czas nie jest linią. Jest sugestią.

Gdy wszystko wskazywało na to, że zaraz wypłyniemy, wydarzyło się to, co zawsze wydarza się w takich momentach. Jeszcze ktoś do toalety. Jeszcze ktoś coś poprawi.
Jeszcze jedno zdanie, które nagle okazuje się ważne. I nagle jest piętnasta.

Moment wypłynięcia nie miał w sobie nic z filmu. Nikt nie krzyknął „start”. Nikt nie zrobił dramatycznego gestu. Po prostu w pewnym momencie wszyscy wiedzieli, że to już. Cumy zostały oddane. Jachty drgnęły. I wtedy pojawił się wiatr. Nieteatralnie. Bez przesady. Ustawił się dokładnie tam, gdzie powinien — od rufy. Jak ktoś, kto zna swoją rolę i nie potrzebuje oklasków. „Spokojnie” — zdawał się mówić. „Zajmę się tym.”

Przemek w tym czasie był gdzieś pomiędzy. Nie rzucał się w oczy. Nie robił hałasu. Ale gdyby ktoś uważniej się przyjrzał, zauważyłby, że prowadzi coś w rodzaju cichego dialogu z takielunkiem. Dotykał lin, sprawdzał napięcia, poprawiał ustawienia. Fały przesuwały się przez jego dłonie jak struny instrumentu. I w pewnym sensie nimi były. Dobry żeglarz nie sprawdza sprzętu. Dobry żeglarz go słucha. A Przemek słuchał bardzo uważnie.

Kilka kroków dalej Dusia pracowała w zupełnie innym rytmie. Jej zadanie było mniej spektakularne, ale znacznie bardziej symboliczne. Przygotowywała burty Antilli 33 pod nowe imię. Jeszcze go nie znaliśmy. Nikt go nie znał. A jednak – ono już tam było. Czuło się je w powietrzu. W tym specyficznym napięciu, które pojawia się, gdy coś ma zostać nazwane. Bo nazwa jachtu to nie jest tylko napis na burcie. To charakter. To przyszłość. To wszystkie historie, które dopiero się wydarzą. Dusia pracowała spokojnie. Precyzyjnie. Jakby wiedziała, że każdy milimetr ma znaczenie.

Port nadal był spokojny. Woda lekko falowała, jakby oddychała. Gdzieś w oddali skrzypnęła lina, ktoś zamknął bakistę, ktoś jeszcze coś poprawiał. Ale pod tą powierzchnią spokoju było już coś więcej. Oczekiwanie. Nie na wiatr. Nie na trasę. Na to, co wydarzy się między ludźmi. Bo każdy rejs zaczyna się tak naprawdę nie od wypłynięcia. Zaczyna się w momencie, gdy grupa ludzi stoi obok siebie i jeszcze nie wie, że za chwilę stanie się załogą. Tego wieczoru staliśmy właśnie w tym miejscu. Na granicy. Między „jeszcze” a „już”. I choć cumy wciąż trzymały jachty przy kei, było jasne jedno:

To się zaczęło.

Port powoli zaczynał się zmieniać. Najpierw pojawiły się pojedyncze kroki. Głosy. Śmiechy. Jak pierwsze nuty utworu, który dopiero się rozkręca. Około 19:00 przyjechali Mariusz i Angela. Ich pojawienie się było jak lekki podmuch wiatru – nic gwałtownego, ale wystarczającego, by coś się przesunęło. By atmosfera nabrała kierunku. I wtedy wydarzyło się coś absolutnie przewidywalnego, a jednocześnie fundamentalnego. Ktoś powiedział: – Jestem głodny. I nagle wszyscy byli głodni. Nie był to głód dramatyczny. Raczej zbiorowa decyzja organizmu, że skoro mamy płynąć, to wypadałoby najpierw coś zjeść.

Zapadła szybka decyzja. Giżycko. Miasto przyjęło nas bez oporu. Jakby wiedziało, że jesteśmy tylko przystankiem, ale ważnym. Trafiliśmy do miejsca, które nie zadawało zbędnych pytań. Nakarmiło nas. I to dobrze. Bo jedzenie na początku rejsu to nie jest tylko kwestia kalorii. To rytuał. To moment, w którym ludzie zaczynają być razem naprawdę. Rozmowy się otwierają, śmiech staje się swobodniejszy, a historie zaczynają płynąć.

Około 23:00. Józio. Adrian. Marek. Leszek. Leszek, który nazywany jest Leninem – dlaczego? Nie Wiem?!. Ich wejście nie było spektakularne. Nie było fanfar. Ale było czymś znacznie ważniejszym. Domknięciem. Od tej chwili wszystko było na miejscu. Załoga na dziś była kompletna. Jachty gotowe. Plan… mniej więcej istniał. Ale to nie plan był najważniejszy. Najważniejsze było to, że wszyscy byli już razem.

24 kwietnia 2026

Pierwszy YOLO REJS 

Są takie dni, które w oficjalnych planach nie istnieją. Nie ma ich w harmonogramie, nie wpisuje się ich do dziennika, nie opowiada się o nich znajomym jako o „pierwszym dniu rejsu”. A jednak – to właśnie one decydują o wszystkim. 15 kwietnia był właśnie takim dniem. Port jeszcze nie żył. Nie w tym sensie, w jakim żyje, gdy jachty wychodzą w jezioro, a wiatr zaczyna rozdawać karty. To było życie ciche, przygotowawcze. Jak scena przed spektaklem – aktorzy jeszcze w kulisach, światła przygaszone, a jednak już czuć napięcie.

Mazury o poranku mają w sobie coś pierwotnego. Woda jest jeszcze chłodna od nocy, powietrze przejrzyste, jakby ktoś je przefiltrował z wszelkiego pośpiechu. Trzciny stoją nieruchomo, jak strażnicy, którzy widzieli już setki takich historii i wiedzą, że każda zaczyna się tak samo – od ciszy.

Na tym tle pojawił się Paweł. Nie wpadł. Nie wkroczył. On po prostu… zaczął działać. Bez zapowiedzi, bez zbędnych słów. Wziął się za pokład z determinacją człowieka, który rozumie, że jacht to nie tylko środek transportu. To dom. To scena. To bohater tej historii. Szorował. Metodycznie. Z dokładnością, która z czasem zaczęła budzić respekt. Każda szczelina została potraktowana indywidualnie – jakby miała swoją historię, którą trzeba było oczyścić z poprzednich sezonów. Z czasem pokład zaczął odbijać światło. Najpierw nieśmiało. Potem coraz wyraźniej. W pewnym momencie można było się w nim przejrzeć. I to był moment, w którym nawet mewy zaczęły się zastanawiać, czy przypadkiem nie mają do czynienia z czymś więcej niż zwykłym jachtem.

Whattsapp

+48 604 447 882

Loven Marina

ul. Świętego Brunona  4

11-500 Giżycko

ul. Zakalwaria 25

05-530 Góra Kalwaria

Social media