Każdy żeglarz zna taką osobę. Czasem nazywa się Mirek. Czasem Zdziś. Czasem Gienia. Ale w środowisku przyjęło się mówić po prostu: Grażynka.
Grażynka to stan umysłu.
To człowiek, który pierwszy raz postawił nogę na jachcie, ale już po kwadransie tłumaczy sternikowi, jak „powinno się” stawiać żagle. To ten, który jeszcze nie odróżnia fału od szota, ale z pełnym przekonaniem opowiada o „ostrzeniu do wiatru”, choć właśnie płyniemy z wiatrem. To również ten sam człowiek, który podczas pierwszego przechyłu patrzy z wyrzutem na instruktora i pyta:
A to tak ma być?
Grażynka narodziła się dla mnie ponad trzydzieści lat temu, podczas mojego pierwszego obozu żeglarskiego jako instruktora. Nie pamiętam już połowy uczestników. Nie pamiętam wszystkich portów. Ale Grażynkę pamiętam doskonale. Była absolutnie wyjątkowa. Miała w sobie niezwykłą pewność człowieka, który nic nie wie, ale jest przekonany, że wszystko rozumie lepiej od innych. Już drugiego dnia poprawiała sposób cumowania, choć sama wiązała knagi węzłem przypominającym makramę po ciężkim weekendzie.
Potrafiła z pełnym spokojem oznajmić: Ja czuję wiatr intuicyjnie.
A chwilę później pytała:
A z której strony on właściwie wieje?
I właśnie wtedy zrozumiałem coś ważnego. Żeglarstwo jest piękne nie dlatego, że wszyscy są ekspertami. Wręcz przeciwnie. Jest piękne dlatego, że morze, jezioro i wiatr bardzo szybko uczą pokory. Czasem delikatnie. Czasem mokro. Czasem przy aplauzie całej mariny.
Ten cykl poradników nie będzie więc podręcznikiem pisanym przez surowego kapitana, który marszczy brwi na źle zwiniętą linę. Nie będzie też encyklopedią pełną terminów, po których początkujący ma ochotę wrócić na rower wodny.
To będzie opowieść o żeglowaniu takim, jakie jest naprawdę, pełnym błędów, śmiesznych sytuacji, głupich pytań, genialnych pomyłek i historii, które po latach opowiada się przy ognisku z łezką w oku i kubkiem herbaty trzymanym obiema rękami.
Ale spokojnie — chaos będzie tylko w anegdotach.
Sam poradnik poprowadzimy dokładnie tak, jak od lat robi się to w żeglarskiej edukacji. Krok po kroku. Bez rzucania początkującego od razu na sztorm i wykład o aerodynamice profilu skrzydła.
Najpierw więc poznamy jacht. Dowiemy się, dlaczego wszystko na nim ma własną nazwę i czemu zwykły sznurek po wejściu na pokład nagle awansuje społecznie do rangi „liny”, „fału”, „szota” albo „acha-to-zostaw-bo-od-tego-zginiemy”. Potem zajmiemy się tymi wszystkimi białymi szmatami nad głową, które dla niewtajemniczonych wyglądają jak pranie rozwieszone podczas wichury. Spróbujemy zrozumieć, po co jest fok, dlaczego grot wcale nie jest groźny i czemu spinaker potrafi zamienić spokojnego człowieka w spanikowanego hodowcę latawca.
Później przyjdzie czas na bardziej zaawansowane tematy:
teorię żeglowania, trymowanie żagli, pracę wiatru, balans jachtu i wszystkie te rzeczy, które doświadczeni żeglarze tłumaczą zazwyczaj ruchem ręki i zdaniem:
No przecież widać.
Nie. Grażynce nie widać. I właśnie dlatego ten poradnik powstaje.
Będą tu praktyczne porady.
Będą wspomnienia z rejsów.
Będą patenty, których nie ma w książkach.
I będą przygody Grażynki — bohaterki zbiorowej wszystkich tych, którzy weszli na pokład przekonani, że „to przecież proste”, a potem odkryli, że wiatr ma własne zdanie, a ponieważ — podobnie jak większość żeglarskich planów — także ten poradnik żyje własnym życiem, powstawać będzie na bieżąco i pojawiać się w bliżej nieokreślonych cyklach. Czyli dokładnie tak, jak odpowiada prawdziwemu żeglarstwu: niby wszystko zaplanowane, a potem przychodzi wiatr, deszcz albo bosman i cały harmonogram trafia za burtę.
Postaram się jednak, aby całość powstała możliwie szybko. Kto wie — może kiedyś przygody Grażynki doczekają się nawet tradycyjnego wydania książkowego. Takiego prawdziwego, pachnącego drukiem, w którym między rozdziałami będzie można zasuszyć mapę jezior albo rachunek z portowej tawerny.
Do tego czasu poradnik będzie ukazywał się odcinkami — krok po kroku, kurs po kursie, zwrot po zwrocie. Tak, aby zawsze można było do niego wrócić, przed pierwszym rejsem, po pierwszej wywrotce albo po pierwszym usłyszeniu od skippera:
Tylko nie rób teraz nic głupiego.
Co oczywiście oznacza, że za chwilę wydarzy się coś bardzo grażynkowego.
Jeśli więc kiedyś zaplątałeś się w cumę, postawiłeś odbijacz po złej stronie albo z dumą powiedziałeś „lewy ster na burtę” — spokojnie.
W każdym z nas mieszka trochę Grażynki
Gdyby zapytać Grażynkę, czym jest żeglarstwo, odpowiedziałaby zapewne:
— No jak to czym? Pływaniem tam, gdzie akurat wieje. I… uczciwie mówiąc, byłaby całkiem blisko prawdy.
Bo żeglarstwo od setek lat polega dokładnie na tym samym: człowiek bierze kawał materiału, przywiązuje go do masztu i z ogromną wiarą liczy, że natura będzie współpracowała. Czasami współpracuje. Czasami urządza człowiekowi bardzo praktyczną lekcję pokory.
Oficjalnie jednak żeglarstwo to dyscyplina sportów wodnych, forma turystyki, rekreacji, szkolenia przyszłych marynarzy, kapitanów i oficerów, a także — co bardzo ważne — szkoła charakteru. Czyli miejsce, gdzie człowiek uczy się odpowiedzialności, współpracy, cierpliwości i tego, że zostawienie otwartego luku przed ulewą jest błędem tylko raz w życiu.
Żeglarstwo uprawia się na jednostkach napędzanych siłą wiatru za pośrednictwem żagli. Brzmi bardzo poważnie, ale w praktyce oznacza to tyle, że zamiast silnika wykorzystujemy powietrze, którego nie widać, a które potrafi przesunąć kilka ton drewna, stali lub laminatu przez pół świata. I co najciekawsze — ludzie robią to dobrowolnie od setek lat.
Pierwsze łodzie z żaglami pojawiły się tysiące lat temu, bo człowiek bardzo szybko odkrył dwie rzeczy. Wiosłowanie męczy i to że wiatr jest za darmo.
Jednak samo żeglarstwo jako hobby, sport i sposób spędzania czasu zaczęło się rozwijać mniej więcej w XVII wieku, głównie w Holandii i Anglii. Czyli tam, gdzie ludziom najwyraźniej nie przeszkadzało, że ciągle wieje i pada.
Bogaci kupcy oraz arystokraci zaczęli organizować rejsy dla przyjemności. I tak oto narodziło się coś, co dziś znamy jako żeglarstwo rekreacyjne. Czyli bardzo elegancka forma siedzenia w zimnie i udawania, że deszcz „dodaje klimatu”.
W 1718 roku w Rosji powstała Flotylla Newska, uznawana za pierwszy klub żeglarski świata. To oznacza, że już ponad trzysta lat temu ludzie spotykali się po to, żeby wspólnie dyskutować o wietrze, linach i tym, kto źle przycumował. Nie zmieniło się absolutnie nic, a wręcz przeciwnie „choroba” (nieuleczlna) się pogłębiła.
Z czasem żeglarzom przestało wystarczać samo pływanie. Jak to zwykle bywa z ludźmi, których duch rywalizacji nie opuszcza nigdy, pojawił się pomysł:
A może by się tak ścigać?
I tak narodziły się regaty. Najstarsze zawody sportowe rozgrywane do dziś to Regaty o Puchar Ameryki, organizowane od 1851 roku. Tak — starsze od wielu współczesnych państw, samochodów i większości przepisów portowych, których i tak nikt nie czyta. Potem żeglarstwo trafiło na igrzyska olimpijskie i od 1900 roku jest dyscypliną olimpijską. Co oznacza, że można profesjonalnie trenować coś, co dla Grażynki nadal wygląda jak:
No przecież oni tylko ciągną za sznurki.
Polskie żeglarstwo ma historię piękną, trochę szaloną i momentami wręcz nieprawdopodobną.
Bo gdy Europa zajmowała się wielką polityką, wojnami i przesuwaniem granic, polscy harcerze na Dalekim Wschodzie organizowali pierwsze drużyny żeglarskie w Harbinie i Władywostoku.
I teraz wyobraźmy sobie Grażynkę słyszącą pierwszy raz zdanie:
Początki polskiego żeglarstwa harcerskiego były związane z Syberią.
To dokładnie ten moment, kiedy człowiek odkłada herbatę i mówi:
Przepraszam… co?
A jednak to prawda. Już od 1917 roku polscy instruktorzy harcerscy organizowali młodzieży szkolenia wodne, ucząc pływania, wiosłowania i żeglowania. Sprzętu było mało, łodzie były pożyczane, żagle często bardziej przypominały zasłony niż nowoczesny osprzęt, ale idea była potężna. Wychować ludzi odważnych, odpowiedzialnych i umiejących działać razem.
I właśnie dlatego do dziś żeglarstwo ma w sobie coś więcej niż tylko sport. To trochę szkoła życia. Tylko z większą ilością mokrych skarpet.
W historii polskiego żeglarstwa trudno znaleźć bardziej legendarną nazwę niż „Zawisza Czarny”.
Najpierw był drewniany żaglowiec kupiony przez harcerzy w latach 30. XX wieku. Wyremontowany społecznie, przygotowany wspólnymi siłami i wysłany w świat jako pływający ambasador Polski. Pływał do Kopenhagi, Londynu i Amsterdamu, budząc zachwyt wszędzie tam, gdzie się pojawiał. Potem przyszła wojna, zniszczenia i smutny koniec pierwszego „Zawiszy”. Jednak żeglarze to dziwni ludzie. Im bardziej morze coś zabiera, tym bardziej chcą budować od nowa. Dlatego po wojnie powstał kolejny „Zawisza Czarny”, który do dziś szkoli młodzież i pokazuje kolejnym pokoleniom, że żagle to nie tylko sport. To sposób myślenia.
Tu Grażynka zwykle zadaje pytanie:
Ale ja się kompletnie nie znam. To mogę żeglować?
I odpowiedź brzmi: Oczywiście!
Bo każdy żeglarz kiedyś zaczynał. Każdy kiedyś pomylił liny. Każdy kiedyś nie wiedział, z której strony wieje wiatr. I każdy przynajmniej raz zrobił coś takiego, po czym cała marina nagle bardzo zainteresowała się widokiem za oknem. Żeglarstwo nie wymaga na początku wiedzy. Wymaga ciekawości.
Reszty można się nauczyć. Nawet Grażynka dała radę. Choć momentami naprawdę testowała cierpliwość fizyki.
Grażynka uważała, że rejs to taki trochę „hotel na wodzie”, że człowiek sobie popływa, poopala się, wieczorem coś zje, a rano obudzi go szum fal i śpiew mew. Po trzech dniach na ciasnym jachcie z siedmioma osobami odkryła jednak brutalną prawdę: żeglarstwo jest przede wszystkim intensywnym kursem współistnienia ludzi. I to takim bez możliwości wyjścia i trzaśnięcia drzwiami. Bo na jachcie nie da się powiedzieć:
Dobra, ja sobie teraz pójdę do drugiego pokoju ochłonąć.
Na jachcie „drugi pokój” zazwyczaj ma długość dwóch metrów, pachnie sztormiakiem i ktoś właśnie trzyma tam mokre skarpety. Dlatego żeglarstwo bardzo szybko uczy rzeczy, których często nie potrafimy nauczyć się na co dzień. Współpracy, bo lądzie można wiele zrobić samemu, na wodzie — nie bardzo (choć z historii żeglarstwa wiemy, że paru żeglarzy dookoła świat przemierzyło).
O tak. I robi to wyjątkowo skutecznie. Żeglarstwo jest jedną z tych dziedzin życia, w których człowiek bardzo szybko odkrywa, że natura niespecjalnie przejmuje się jego pewnością siebie. Możesz przeczytać wszystkie poradniki świata. Możesz mieć nowy sztormiak, profesjonalne i minę kapitana z filmu wojennego, potem przyjdzie pierwszy silniejszy podmuch wiatru i nagle okaże się, że cuma zaplątała się wokół własnej logiki, odbijacz wpadł do wody, a ty właśnie próbujesz zachować godność stojąc na pokładzie z talią grota w ręku i sapiąc jakbyś łapał oddech w trakcie zawału. Kilka takich obrazów przewija mi się w pamięci. Kiedy myśląc, że jedna z rejsowych Grażynek postawiona została do steru, a sprawiająca wrażenie pewności nagle podupadła na zdrowiu.
Pokora w żeglarstwie przychodzi naturalnie. Czasem podczas pierwszego przechyłu, kiedy Grażynka z przerażeniem odkrywa, że jacht naprawdę może pływać krzywo i jednak się nie przewraca. Czasem podczas pierwszego nocnego wejścia do portu, gdy człowiek nagle rozumie, że na wodzie nie wszystko wygląda tak łatwo jak z brzegu, a czasem przychodzi wtedy, gdy po godzinie walki z wiatrem doświadczony sternik spokojnie mówi:
Może najpierw odwiążemy cumę.
Żeglarstwo uczy też bardzo ważnej rzeczy: woda nie rozróżnia początkujących i ekspertów. Każdy może popełnić błąd. Każdy może czegoś nie przewidzieć. Każdy może zostać zaskoczony pogodą, zmęczeniem albo własnym „eee, przecież dam radę” i właśnie dlatego dobrzy żeglarze zazwyczaj są spokojni. Im więcej człowiek pływa, tym mniej ma potrzeby udowadniania wszystkim dookoła, jaki jest wspaniały. Zaczyna rozumieć, że na wodzie nie wygrywa ten, kto najgłośniej mówi, tylko ten, kto potrafi myśleć, obserwować i czasem po prostu odpuścić. Bo pokora w żeglarstwie nie oznacza strachu. Oznacza szacunek, do wiatru, do wody, do ludzi, do własnych ograniczeń i do tego, że natura od zawsze rozdaje tutaj karty. Grażynka oczywiście też kiedyś powiedziała:
E tam, trochę wieje.
Stary żeglarski instruktor powiedział mi kiedyś:
Dobra załoga jest jak pięść. Wszystkie palce są różne, ale dopiero razem mają siłę.
Wtedy Grażynka uznała, że to bardzo głębokie i przez pół dnia próbowała ustalić, kto na jachcie jest kciukiem. Prawda jest prosta, na jachcie każdy jest potrzebny. Bo żeglarstwo to nie sport jednego bohatera. Nawet najlepszy sternik niewiele zrobi sam, jeśli reszta załogi zajmie się głównie podziwianiem zachodu słońca i debatą, kto zjadł ostatnią konserwę.
I właśnie dlatego brak jednego „palca” potrafi rozsypać działanie całej załogi.
Kiedy brakuje odpowiedzialnego
To ten człowiek, który zawsze sprawdza:
- czy liny są zabezpieczone,
- czy odbijacze wiszą,
- czy nic nie zostało na kei,
- czy jacht po nocy nadal jest tam, gdzie go przywiązaliśmy.
Gdy go zabraknie, zaczyna się klasyczne:
- A kto zamknął luk?
- Nikt?
- To świetnie. Mamy teraz akwarium pod koją.
Kiedy brakuje spokojnego
Każda załoga potrzebuje kogoś, kto podczas chaosu mówi:
Dobra, po kolei.
Bo na jachcie panika rozchodzi się szybciej niż zapach smażonej kiełbasy w porcie. Cumowanie przy bocznym wietrze, nagły szkwał albo splątane liny potrafią wywołać stan, w którym pięć osób jednocześnie krzyczy różne rzeczy, a Grażynka dla bezpieczeństwa zakłada kapok na nogę. Wtedy spokojny człowiek staje się bezcenny.
Kiedy brakuje pracowitego
Na każdym rejsie istnieje magiczne zjawisko:
większość ludzi bardzo chce żeglować, ale dziwnie znika dokładnie wtedy, gdy trzeba myć kambuz albo czyścić toaletę chemiczną.
I nagle okazuje się, że jedna osoba robi wszystko:
cumuje,
sprząta,
gotuje,
klaruje liny, a reszta prowadzi intensywne obserwacje chmur.
Tylko że na dłuższą metę taka załoga nie działa. Bo jacht bardzo szybko pokazuje, że wspólna wygoda wymaga wspólnej pracy.
Kiedy brakuje poczucia humoru
To może brzmieć dziwnie, ale humor na jachcie jest równie ważny jak dobra kotwica.
Bo kiedy od trzech godzin pada, wszystko jest mokre, herbata wystygła, a silnik właśnie postanowił przeżyć kryzys egzystencjalny — ktoś musi umieć powiedzieć:
No to idealna pogoda na wakacje.
Śmiech rozładowuje napięcie lepiej niż połowa żeglarskich poradników, bez niego nawet drobne problemy zaczynają rosnąć do rozmiarów sztormu.
Kiedy brakuje zaufania
To najgorszy brak ze wszystkich. Bo na wodzie trzeba ufać, że ktoś dobrze wykona swoje zadanie. Że trzymając ster, uważa, że przy cumowaniu poda rękę, że nocna wachta naprawdę nie zaśnie. Bez zaufania załoga przestaje być załogą. Staje się grupą ludzi przypadkowo stojących na tym samym pokładzie. A morze bardzo nie lubi chaosu.
I najważniejsze — każdy czasem bywa tym brakującym palcem
To chyba najuczciwsza lekcja żeglarstwa. Każdy kiedyś zawali. Każdy kiedyś zapomni.
Każdy będzie zmęczony, rozkojarzony albo zwyczajnie słabszy. I właśnie wtedy dobra załoga nie szuka winnego. Tylko działa razem. Bo prawdziwa siła załogi nie polega na tym, że wszyscy są idealni. Polega na tym, że kiedy jeden palec chwilowo nie daje rady — reszta nadal trzyma pięść.
Whattsapp
+48 604 447 882
Loven Marina
ul. Świętego Brunona 4
11-500 Giżycko
ul. Zakalwaria 25
05-530 Góra Kalwaria
Social media